RYSUNEK

Kilkanaście lat temu mój, nieżyjący już, przyjaciel, profesor Piotr Decowski, zakończył przebudowę swojego domu nad Czarną Hańczą i zaprosił nas na Suwalszczyznę. Wtedy poznaliśmy jego serdecznego przyjaciela Alka. Wszystko zaczęło się od Alka, który po tym, jak osiadł w tych okolicach, ściągał tu swoich przyjaciół. Od tego czasu przez wiele kolejnych lat spędzaliśmy wakacje nad Czarną Hańczą. Z Alkiem zaprzyjaźniliśmy się od pierwszego spotkania. To było nie tylko spotkanie z interesującym człowiekiem, ale również kontakt ze sztuką w chwili powstawania dzieła. Odtąd byliśmy częstymi gośćmi w jego uroczym, drewnianym domu, w jego pracowni, ale przede wszystkim w galerii. W przestronnym pawilonie Alek znalazł miejsce dla swoich obrazów i rzeźb. Pomagaliśmy mu razem z Piotrem w wykończeniu galerii, a wdzięczny Alek rozpowiadał potem po okolicy, że dwóch profesorów fizyki instalowało mu oświetlenie w galerii. Jeśli było to pomyślane jako kryptoreklama galerii, to nie było to konieczne. Już pierwsza w niej wizyta była dla gościa niezapomnianym przeżyciem. Na wejściu witała monumentalna rzeźba, symbolizująca płonące wieże World Trade Center. We wnętrzu rozwieszona na ścianach kolekcja obrazów mistrza stwarzała nastrój skupienia, który eksplodował zachwytem na widok centralnie umieszczonych rzeźb. Alek był znakomitym rzeźbiarzem, a wykute w kamieniu postacie są z pewnością dziełami najwyższej próby. Niezapomniane pozostaną dla nas zwłaszcza popiersie Ewy Fabińskiej i głowa pianisty Janusza Olejniczaka. Galeria była także miejscem spotkań zaprzyjaźnionych sąsiadów, a także lokalnych i przyjezdnych artystów. Stałym gościem był dyrygent Marek Moś, który spędzał lato nad Wigrami wraz ze swoją orkiestrą. Animowane przez Alka spotkania ciągnęły się zazwyczaj do późnej nocy, rozmawialiśmy o wszystkim: o muzyce i malarstwie, a także o budowie Wszechświata i teorii kwantów. Miejscem naszych spotkań była nie tylko galeria. Alek uwielbiał wieczorne ogniska, które rozpalał na swojej łące nad brzegiem Czarnej Hańczy i na które zapraszał nie tylko znajomych, ale także przyjezdnych gości na zasadzie, której się zawsze trzymał: przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi. Było dużo wina, pieczone kiełbaski i inne lokalne smakołyki. Słuchaliśmy opowieści Alka, gawędziliśmy o wszystkim, a czas płynął leniwie jak ciemna rzeka toczącą powoli się gdzieś za kręgiem światła ogniska.

Prof. Andrzej Turos, październik 2018 r.

Alojzego poznałem przy okazji pierwszego pobytu w Wigrach. Na poklasztornym wzgórzu pojawił się któregoś dnia postawny mężczyzna o szczerym uśmiechu, z charakterystycznym sumiastym wąsem. Przedstawił się i powiedział, że pochodzi z Rudy Śląskiej. „Gdzie Rzym,
a gdzie Krym” – pomyślałem. Wymieniliśmy parę zdań w gwarze i tak zaczęła się nasza długoletnia znajomość. Spotykaliśmy się co roku w czasie festiwalu Letnia Filharmonia AUKSO. Bywał często na naszych koncertach. Miał dużą wrażliwość na piękno. Pokazywał nowe prace. Słuchaliśmy muzyki. Rozmawialiśmy. I tak co roku przez prawie dwadzieścia lat.Pusto zrobiło się na Suwalszczyźnie bez Alojzego. Bardzo się cieszę, ze mam jego cząstkę u siebie w domu, Alojzy wyrzeźbił moje popiersie, które mi o Nim przypomina i często kieruję myśli ku gościnnemu środowisku w Budzie Ruskiej.

                                                                                                Marek Moś, listopad 2018