PRZYJACIELE

LIST W ZAŚWIATY

List w Zaświaty. „Będzie to raczej niemożliwe, ale bym chciał, byś to ty odprawiał mój pogrzeb”. Alku, tak mi kiedyś powiedziałeś. I rzeczywiście, nie było to możliwe. Kiedy dziś patrzę na błękitne niebo nad Paryżem, to moja wyobraźnia biegnie na schody mojego rodzinnego domu w Zarzeczu Jeleniewskim, gdzie to razem odmawialiśmy koronkę do miłosierdzia Bożego. Bodaj pierwszy raz ją słyszałeś i często przerywałeś, pokazując mi błękit nieba i plamy białych obłoków, tak charakterystycznych dla Suwalszczyzny. Dziś już patrzysz od tamtej strony. Gdy Cię spotkałem pierwszy raz w Gawrych Rudzie w „Niebiańskiej Przestrzeni” u państwa Murawskich, to kojarzyłeś mi się z wyglądem proroka. To Ty wtedy na mnie czekałeś, nie znanego jeszcze osobiście, a miało się wrażenie, że znamy się od dawna – jak dwaj rodzeni bracia. Znałeś mnie z reprodukcji moich obrazów, rzeźb, witraży zawartych w albumie „Artysta nienasycony`”. Stwierdziłeś wtedy, że jestem bratnią duszą. Ja odczuwałem to samo. Chyba bardzo rzadko się zdarza, by artysta robił reklamę innemu artyście w swoim środowisku. A Ty to robiłeś. Moja twórczość była dla Ciebie jakaś bardzo bliska. I tak sobie myślę, że trochę dlatego, że będąc księdzem, nie byłem zakłamany w twórczości (może zbyt dumnie brzmi w tej chwili to słowo „twórczość`”). Nie udawałem świętego. I chyba tylko dlatego, że jestem księdzem, byłeś do mnie nadzwyczaj szczery. I niektóre Twoje prace to tylko ja widziałem za Twojego życia, i nawet pokazałeś, gdzie je chowasz. Ty byłeś silny w kamieniu. Podziwiam zwłaszcza to, że niektóre wyrzeźbione w kamieniu twarze są twarzami żywymi, myślącymi – takie robią wrażenie. Mają żywą ciągle duszę. Kamień, który w jakimś momencie dzięki Tobie ożył, i żywym pozostał. Szkoda, że tak późno Ciebie poznałem, bo pewnie chciałbym byś pozwolił mi asystować w chwili tworzenia. Artysta tworząc, lubi być z zasady sam ze swoim dziełem, nawet gdy jest to tylko kamień. Ale pewnie byś mi na to pozwolił. Odezwał mi się w tej chwili dzwonek telefonu… Lubiłeś do mnie często telefonować. Raz wzruszyło mnie to, że wracając do domu zastałem nagranie na sekretarce telefonicznej: „Witek, nie dzwoń dziś, bo jestem pijany”. Fajny byłeś. Kiedykolwiek będę oglądał Twoje dzieła, zwłaszcza rzeźby, które dotykałem moimi rękami, będzie to przypominało Ciebie i Twoją duchową bliskość. Zresztą, to ja Ciebie spowiadałem na szpitalnym łożu. A teraz pewnie na mnie spoglądasz z przeciwnej strony paryskiego nieba.
Pozdrów ode mnie Pana Boga.

Ks. Witold Urbanowicz SAC
PS. Vito Vandost
Październik, 2018 r.